Jak czytać ogłoszenia sprzedaży używanych aut?

Rodzaj samochodu wybrany, budżet ustalony, wstępne rozpoznanie rynku zrobione. Czas przejść do konkretnych działań, selekcji tysięcy ogłoszeń, wybrania konkretnych ofert i ich dokładnej lektury. Od czego zacząć?

Przede wszystkim musisz wiedzieć jedno: to, co czytasz, a to co możesz zastać na miejscu to dwie różne sprawy. Przed wyjazdem możesz jednak znacząco ograniczyć ryzyko fiaska. Podstawą jest wybór odpowiednich ogłoszeń. Ich forma i treść mogą wiele powiedzieć, nie tylko o aucie, którym jesteśmy zainteresowani, ale i o właścicielu. Postaram się podpowiedzieć Wam, na co zwracać uwagę i jak odczytywać pewne „kultowe” frazy, które na dobre zagościły w anonsach sprzedawców.

Auto bezwypadkowe – bezwypadkowość jest kwestią bardzo względną. Dla jednego bezwypadkowy to ten, który nie spotkał się na drodze z budowlaną fadromą, dla innego nawet kolizja wymagająca wymiany pękniętego zderzaka to już wypadek. Warto ustalić ze sprzedającym definicję tego słowa przed wyjazdem z domu, żeby uniknąć przykrych niespodzianek. Najczęściej na potwierdzenie bezwypadkowości usłyszymy o takich faktach jak jednakowe numery na wszystkich szybach i taka sama grubość powłoki lakierniczej na wszystkich elementach . Obydwa wskaźniki, jakkolwiek bardzo przybliżają nas do możliwości obcowania z autem, które miało szczęście nigdy nie spotkać na swojej drodze twardej przeszkody, nie dają jednocześnie pełnej na to gwarancji. Widziałem auta dość poważnie rozbite, w których zachowały się w całości wszystkie szyby, łącznie z czołową. Widziałem również auta po dużych naprawach blacharsko-lakierniczych przygotowane tak, żeby czujnik lakieru potwierdził jednakową grubość na wszystkich elementach. Tak może się stać np. w przypadku dobrze wykonanego lakierowania całego nadwozia lub wspawywania ćwiartek. Wtedy, bez dokładnego obejrzenia auta od spodu, trudno odkryć prawdę.

Oryginalny przebieg – ponieważ temat jest wałkowany od niepamiętnych czasów, przypomnę tylko o istnieniu najważniejszego narzędzia do wykrywania cofniętych liczników – zdrowego rozsądku. Można nie lubić statystyk, ale jeśli przyjąć, że benzynowe auto średnio rocznie pokonuje około 20 000 tys. km , a diesel około 30–40, to przy użyciu kalkulatora można łatwo odgadnąć, jaki przebieg może mieć auto np. 15 letnie i że będzie to liczba zaczynająca się przynajmniej od dwójki. Pomocne mogą się okazać książki serwisowe (pod warunkiem, że nie pochodzą z chińskiego importu i tydzień wcześniej nie były wystawione na Allegro), wszelkie wlepki, karteczki pod maską, lub na słupkach nadwozia, świadczące o przeprowadzonych przeglądach czy np. wymianach rozrządu lub oleju.

Auto przyjechało do Polski na kołach – znajdziemy to w ogłoszeniach aut z prywatnego importu. Teoretycznie jest to zaleta, bo pokonując kilkaset czy kilka tysięcy km można się sporo dowiedzieć o nowym nabytku. Pytanie tylko, czy sprzedający zechce się z nami podzielić wiedzą o wszystkich wadach, które wykrył podczas takiej podróży. Ponieważ znam bardzo dobrze warunki i okoliczności, w jakich zdecydowana większość polskich handlarzy zawodowych i z tych z przypadku, robi zakupy na zachodzie, taką informacją jestem zawsze rozbawiony, bo nie mogę się pozbyć wrażenia, że zwrot „auto dojechało do Polski na kołach” jest w jakimś sensie powodem do dumy dla sprzedającego, który niejednokrotnie jest tym faktem szczerze zaskoczony.

Auto w pełni opłacone – w przypadku auta jeszcze nie zarejestrowanego w Polsce, bardzo często pełne opłaty nie uwzględniają opłaty recyclingowej. Dlaczego? Opłatę recyclingową wnosi się w momencie rejestracji auta, w wydziale komunikacji. Do tego momentu nie jest ona do niczego potrzebna. Jeśli auto zostanie sprzedane przed rejestracją, czyli w stanie gotowym do rejestracji, taką opłatę wnosi kupujący, chociaż w imieniu importera. Sprzedający oszczędza wydania 500 zł, które bardzo trudno jest odzyskać w cenie samochodu. Zdarzają się jednak przypadki, że taka opłata jest już wniesiona. Zależy to od firmy. Na pewno musimy mieć na to potwierdzenie w postaci dowodu wpłaty. Zawsze pytaj o fakt opłacenia recyclingu, nie zostawiaj pola na domysły, zaoszczędzisz sobie rozczarowania.

Autem można wracać na kołach – dosyć kosztowna propozycja. Powiedzmy sobie jasno: autem sprowadzonym, ale NIEZAREJESTROWANYM jeszcze w Polsce, można się poruszać jedynie w sytuacji, kiedy posiada ono jeszcze zagraniczne tablice tzw. zjazdowe, na których wyraźnie oznaczona jest data ich ważności. Żadne inne tablice, w tym dorabiane w firmach poligraficznych, bardzo przypominające oryginały, ani tym bardziej jakieś wyklejanki, czy numery patykiem pisane NIE SĄ WAŻNE i nie uprawniają do poruszania się po drogach. Największą winę za przekonanie o tym, że jest inaczej, ponoszą towarzystwa ubezpieczeniowe, które chętnie sprzedają polisy na podstawie numeru VIN. To, że auto jest ubezpieczone nie świadczy o tym, że jest dopuszczone do ruchu, a w przypadku policyjnej kontroli oznacza to tylko koszty i powrót do domu na lawecie.

Wymienione oleje, filtry, oleje i oleje – wielu sprzedających często pisze w liczbie mnogiej o przeprowadzonych naprawach. W praktyce często oznacza to najtańszy olej z nieoryginalnym filtrem. Dla podkreślenia wagi tej operacji mówi się o niej w liczbie mnogiej, wywołując w kupującym wrażenie, że ma do czynienia z samochodem po kompleksowym serwisie, który nie będzie już wymagał wydawania pieniędzy na pakiet startowy. Pytajcie dokładnie, co i na jakie komponenty zostało wymienione. Nie dajcie się zwieść odpowiedziom w stylu: „Wymieniłem oleje, filtry no wszystko, wszystko”. Jeśli tak, poproście o konkrety.

Auto nie wymaga wkładu finansowego – temat rzeka. Dla każdego znaczy co innego. Dla sprzedającego w większości wypadków tyle, że da się je bez problemu odpalić i odjechać. Że nic nie tłucze, nie ściąga, całość jako tako się prezentuje. Ale czy kupującemu to wystarczy? Rzadko zdarza się, że samochód faktycznie nie będzie wymagał żadnych wkładów po zakupie, ale jeśli ktoś ma odrobinę szczęścia, może się tak zdarzyć. Udało mi się kupić kilka samochodów i dwa motocykle które faktycznie potrzebowały jedynie tankowania. Miały rzetelnie prowadzone ksiązki serwisowe, stosy faktur z serwisów, nowe opony, powymieniane, niewiele wcześniej, płyny eksploatacyjne i zwalniały przyszłego właściciela z obowiązku sięgania do kieszeni na dobre pół roku albo więcej. Z tym, że mówimy tu właściwie tylko o autach od właścicieli, samochód od pośrednika, nie wymagający nakładów finansowych, to jednorożec świata motoryzacji.

Zobacz również: Najczęstsze błędy popełniane przez kierowców

Złotówki nie dołożyłem – tekst, który mrozi mi krew w żyłach. Choć wydaje się, że mówi o tym samym co fraza o braku wkładu finansowego, w praktyce jest dużo groźniejszy. Jeśli ktoś uważa, że zakup samochodu kończy wydatki związane z jego posiadaniem, powinien poważnie się zastanowić, czy nie lepiej zostać przy komunikacji publicznej. Zakup samochodu to jedno, jego utrzymanie to drugie, a utrata wartości to trzecia największa dziura w naszej kieszeni, jaką zrobi nam nasz wóz. Nawet najbardziej niezawodne samochody wymagają regularnego serwisu. Wymiany płynów eksploatacyjnych, rozrządu, filtrów to absolutne podstawy. Wielokrotnie oglądałem auta, do których nikt „nie dołożył złotówki”. Najbardziej jaskrawym wspomnieniem jest pewna Toyota Corolla, auto znane ze swego nudnego charakteru, ale i dużej niezawodności. Sprzedający zachwalał przez telefon, że samochód poza kosztami paliwa nie wymagał żadnych wkładów finansowych. Jak dosłownie trzeba było potraktować te informacje, zorientowałem się na miejscu. Corolla miała połyskujące drutami opony, resztki oleju na bagnecie, który konsystencją i wyglądem przypominał mazut (odsyłam do Google), pustynię w zbiorniczku płynu do szyb, co wskazywało, że właścicielowi nie był on potrzebny, o czym świadczyła również przednia szyba ze śladami brudu dokładnie wtartymi w szkło za pomocą twardych jak kamienie piór wycieraczek. Kiedy wiedziałem już, z czym mam do czynienia i podarowałem sobie zakup tej okazji, postanowiłem się jeszcze przejechać, żeby zobaczyć co można zrobić z niezłym przecież autem. Po odpaleniu silnika dobiegł mnie odgłos przeraźliwie jęczącej pompy wspomagania kierownicy, suchy zbiorniczek oleju wyjaśnił dlaczego. Po przejechaniu kilkunastu metrów auto rozhuśtało się do tego stopnia, że uderzałem głową o podsufitkę. To wykończone amortyzatory dały ten niespodziewany efekt. Zaskoczony takim zachowaniem chciałem zwolnić, ale po naciśnięciu hamulca usłyszałem jedynie przenikliwy dźwięk szlifowanych resztkami klocków tarcz hamulcowych. Na dobitkę sprawdziłem papiery. Auto nie było przerejestrowane (oczywiście), ostatni przegląd miało zrobiony dwa lata wcześniej, a ubezpieczenie skończyło mu się przed czterema miesiącami.

Moja rada, jeśli słyszysz od sprzedającego, że do auta nie dołożył złotówki – uciekaj.

Wziąłem w rozliczeniu – najbardziej popularny tekst ninja handlarzy. Kto to jest ninja handlarz? To człowiek, który para się obrotem autami, ale działając jak zawodowy szpieg. Pojawia się i znika, łatwo gubi trop i praktycznie niemożliwe jest znalezienie go po transakcji. Nie prowadzi żadnej działalności, nie ma go w żadnym rejestrze, używa telefonu na kartę, zmienia numer co tydzień, a przy dobiciu targu daje Wam do podpisania umowę in blanco. Nigdy nie umawia się w domu, bo boi się ewentualnych odwiedzin niezadowolonych klientów. Na oględziny samochodu wybiera parkingi, stacje benzynowe, albo McDonaldy. Najczęściej można go spotkać na giełdach. Po podpisaniu umowy i przyjęciu pieniędzy w ciągu kilku sekund potrafi wmieszać się w tłum i zniknąć jak kamień w wodzie.

Dlaczego używa tego tekstu? Z kilku powodów. Po pierwsze chce uwiarygodnić fakt, że auto nie jest zarejestrowane na niego, po drugie wytłumaczyć to, że sprzedaje samochód, który ma ledwie od kilku dni, wreszcie, że nie ma pojęcia o jego stanie technicznym, więc gdyby podczas oględzin wyszły jakieś wady to nie jego wina. Najczęściej w jego opowieściach samochodem płacą mu ludzie, którym pożyczył pieniądze, szef, który zalegał mu z zapłatą, lub znajomy w zamian za przeprowadzone roboty remontowo-budowlane (hitem są płytki w łazience). Zastanówcie się dobrze, czy odbieraliście kiedyś zapłatę w postaci samochodu? Nie? Ja też nie. Dziwne, prawda? „Wziąłem w rozliczeniu” równa się ninja. Kupujecie na własne ryzyko. I nie mówcie, że Was nie ostrzegałem.

Pilnie sprzedam z powodu wyjazdu – te słowa mają wywołać w kupującym wrażenie, że trafił na prawdziwą okazje, która może się już nie powtórzyć. O dziwo – to działa. Zanim jednak pojedziemy po tę okazję przyjrzyjmy się dobrze cenie, czy na pewno jest okazyjna? Czy wskazuje na pośpiech właściciela?

Jeśli naprawdę chodzi o wyjazd i potrzebę zdobycia szybko pieniędzy, to jest i dobra wiadomość. Wyposażeni w taką wiedzę, którą dostaliście za darmo, możecie się ostro targować. Brutalna prawda jest taka, że sprzedający w potrzebie godzą się na dużo większe ustępstwa w cenie.

Autem jeździła kobieta – tekst, który ma utwierdzić czytającego w przekonaniu, że samochód był użytkowany delikatnie i ostrożnie. Ale czy na pewno? Zaryzykuję oskarżenia o męski szowinizm i powiem, że auto od kobiety kojarzy mi się z kierownicą „poranioną” przez pierścionki, poobcieranymi zderzakami, drobnymi śladami różnych parkingowych przygód, silnikiem, który rzadko kręcił się ponad 3 tysiące obrotów i jeśli kobieta zajmowała się również kwestiami serwisowania, zaniedbaniem technicznym. Oczywiście generalizuję, ale ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że to jednak samochody użytkowane przez mężczyzn częściej znajdują się w lepszym stanie. Często taki wpis w ogłoszeniu to tylko nic nie znaczące zdanie, sztuczka, podobna do wykorzystywania przez handlarzy kobiet (żon, matek, znajomych) do sprzedawania auta na giełdzie, by przynajmniej w teorii łagodzić zachowanie kupujących, uśpić ich czujność i skłonić ich do szybszego wydania pieniędzy. Wynika z tego, że kobiety są bardziej wiarygodne… Zdaje się że nic nie wiem o życiu :).

100% nie palone w aucie – ta deklaracja ma sens jedynie w sytuacji, kiedy kupujemy auto od właściciela, który posiada je od nowości i był głównym lub jedynym jego użytkownikiem. Brak śladów na tapicerce, czy czysta popielniczka nie świadczą o niczym. Równie dobrze można napisać, że w aucie nie było na 100% pierdziane, a kierowca, nawet w czasie upalnego lata, nigdy nie pocił się w fotel. To dobrze, że w samochodzie jest czysto, ale na pewno może to świadczyć tylko o tym, że ktoś się nim dokładnie zajął, że jest po praniu i czyszczeniu wnętrza, a nieprzyjemne zapachy zostały usunięte przy zastosowaniu jonizacji, albo neutralizacji parą z użyciem odpowiednich preparatów.

Nowa instalacja gazowa – po co ktoś sprzedaje auto, w które zainwestował niedawno kilka tysięcy złotych? Prawdopodobnie dlatego, że nie chciało się sprzedać bez niej. W takiej sytuacji można być niemal pewnym, że jest to instalacja najtańsza, która może kiepsko współpracować z danym silnikiem, często przysparzając nowemu właścicielowi więcej szkód niż korzyści.

Rocznik modelowy - często w ogłoszeniach możemy spotkać się z rokiem modelowym. Co to jest? To pewna sztuczka marketingowa stosowana przez koncerny motoryzacyjne, które już od mniej więcej połowy roku produkują auta z wyposażeniem, albo charakterystycznymi cechami dla samochodu, który będzie sprzedawany w salonach w roku następnym. Czy podawanie roku modelowego to oszustwo? Moim zdaniem nie. Chociaż ta informacja nie powinna być umieszczana w rubryce rok produkcji. Za to ciosem poniżej pasa jest odmładzanie aut, poprzez fałszywe podawanie o rok młodszej daty produkcji, tłumaczone później na miejscu, podczas oględzin auta, pomyłką lub niedopatrzeniem. W krajach zachodnich najważniejszą informacją jest data pierwszej rejestracji czyli moment w którym samochód faktycznie zaczął być eksploatowany. U nas najważniejszym jest rok produkcji. Pytając o to przez telefon upewnijcie się, że zrozumieliście się ze sprzedającym.

Tymczasem to tyle. Jeśli macie jeszcze jakieś „kultowe” teksty, które pominąłem, napiszcie o tym w komentarzach, chętnie się im przyjrzę i rozbiorę na części pierwsze.

Więcej artykułów z tej kategorii znajdziecie tutaj.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Blogi:

Offroad dla prawdziwej kobiety CarTech4x4 przedstawia klasyczną wyprawówkę Volkswagen Scirocco - wyrzutek rodziny? Audiobooki - czyli czytanie za kierownicą Felgi aluminiowe - jak poprawnie przygotować je do sezonu letniego Citroen C2 - przyjemna pchełka Mały hołd dla Hondy bo im się należy Trzy razy Honda Ford Mustang - witamy w Europie! Dlaczego polscy kierowcy nie potrafią jeździć na suwak? Maciek testuje - Skoda Superb II 1.8 TSI Family Geneva Tour 2015 Zmiana auta - czyli fani mają lepiej Cartech4x4 przedstawia tuning Nissana Patrola GR Porsche Cayman - 911 dla biednych? Nie sądzę! Określanie własnej tożsamości przez pryzmat drobnych przyjemności Cartech4x4 przedstawia tuning Nissana Titana Jeśli Jaguar XE ma nieco namieszać wśród niemieckich rywali, to z tym samym zamiarem przyjedzie jego kumpel zza oceanu [JC] Motoryzacyjne "sklepy z cukierkami" Jeżdżę Citroenem DS4, lubię parówki i kocham swojego kolegę z pracy [JC] Jaguar XE - kolejny bat na Niemców? [JC] Gdybym był ukraińskim oligarchą [JC] Subaru WRX STI - nieśmiertelna legenda [JC] Clarkson bez Top Gear? Już nie mogę się doczekać

Popularne w tym tygodniu:

Cud ewolucji Lexus za ponad 5 mln zł Renault Espace Energy dCi 160 EDC Initiale Paris – test [wideo]